TADZIO MA RYBĘ – dykteryjka ze słonecznego lata Nie lubię, nie jadam nie mogę patrzeć w te biedne małe oczęta. Ryby (poza śledzikiem w ostatki), są dla mnie nie zjadliwe. Ale czasem popatrzę się jak kuzyn ekscytuje się wyciągniętym na brzeg drapieżcą z rodziny okoniowatych. - No, jakie branie było - ze dwa kilo a może i lepiej!!! - Taaaa pech - odpowiadam. O takich dwukilowych okoniach. szczupakach i sandaczach słyszę dość często nie tylko od kuzyna, płeć wędkarska często widzi dwa, dwa i pół kilo a może i "lepiej". Siedzę sobie kilka dni temu w Gudowie, nad jeziorem Lubie u kolegi z wojska (tak tłumaczę żonie), a tu na mnie z odległości 20 kroków patrzy brodaty wilk jeziorny - Tadzio. Patrzy, marszczy czoło - chyba poznał. Rusza ale pewnie niesiony szklaneczką nalewki z tutejszego GS-u. Robi trzy kroki lekko po skosie, do przodu i... jeden do tyłu. Zatrzymał się, napiął, zamachał za złości rękami. Ponownie wlepił się wzrokiem we mnie, pochylił lekko do przodu i ruszył zadzierając nienaturalnie nogi do góry. Ze swojego zapału biedak przeszedł kilka kroków ode mnie za daleko. -K...a mać- zaklął kręcąc głową na siłę przyciągania ziemskiego - Miszczu, miszczu, miszczu – zawołał w moją stronę – Miszczu mam rybę! -Tak? -No mam świeżutką siel, siel , sielawę. Zaczkał Tadek i siły opadły z niego. - Nie lubię ryb, mają ości – zażartowałem. - Co ty pieprznięty, sielawy nie lubisz? - A skąd ją masz? Zapytałem podejrzliwie, - Normalnie, z jeziora. - To z ciebie rybak pełną gębą - No, ha,ha,ha, ja rybak, ha,ha. To poczekaj ja tu obok we wiadrze mam. I ruszył Tadzik po skłusowaną sielawę. Nie było do z piętnaście minut. Wracał jakby jeszcze bardziej pijańszy. - Mam, mam miszczu - wiadro wyraźnie ciągnęło go w prawo - ze cztery kilo będzie. Dasz dwie dychy i twoja. Popatrzyłem do wiadra, a tam, na dnie w reklamówce miotało sie kilka 11-12 centymtrowych rybek - To ty to łapiesz, ktoś od ciebie to kupuje, przecież to stynka nie sielawa? Ta ryba to kroczek, chyba ledwo co wpuszczony do wody przez rybaków! - A ty co Z PZW jesteś, mała bo kłusują na potęgę - wygarnął mi Tadek i z kieszeni sfatygowanego drelichu wyciągnął odpieczętowaną butelkę nalewki - a nie była to "nalewka babuni". - Chcesz to bierz, a jak nie chcesz to sp.......j! No to co było robić? Wykonałem polecenie Tadzia, ale w druga stronę. I to na tyle dotkliwie, że jeszcze kilkadziesiąt metrów ode mnie Tadziu głośno dziękował mi za rozmowę. Zapytałem później kuzyna, czy często zdarzają się tacy wariaci, którzy łapią (kłusują), ryby wielkości sardynek. Kuzyn członek PZW, płacący i (płaczacy) składki, posiadający legitymację łapacza żywych organizmów szuwarowo bagiennych, zaklął siarczyście po czym rzekł do mnie z miną prezesa banku centrlnego: - kanalie. Ale nic nie poradzisz dopóki będą mieli popyt, wytłuką rybę w jeziorach do cna, i nie robią tego z głody a byle sie nachlać. Taki „padalec” woli podpłynąć łódką z agregatem, niż iść do legalnej roboty. Policja i prokuratorzy guzik im zrobią. Bo to przecież kłusownicy są „tacy biedni”, „tacy bezrobotni”. To ich tylko rozzuchwala. Nasze jeziora: Zarańsko, Lubie, Okra, nie maja już praktycznie ryby. Kumpel ma małe jeziorko w dzierżawie, a jest myśliwym. To czasem potrafi puknąć ze sztucera do kłusowników i na jakiś czas ma spokój. - I mówię ci postraszyć raz i drugi porządnym laniem, naprawę wysoką grzywą i samo się ukróci. Chyba jednak samo sie nie ukróci. Dopóty - dopóki kłusownik nie zacznie być traktowany jak złodziej. Tylko czy do tego czasu zostanie jakąś ryba w naszych jeziorach? Oby. Czego sobie i Państwu życzę.

Mariusz Nagórski