Już wszystko można sprzedać: nasze dyskomforty, niepokoje, obawy, lęki. Są przecież skuteczne, wręcz cudowne środki na wszystkie możliwe przypadłości. Trzeba je tylko dobrze „wypromować” przy pomocy skutecznej reklamy. Powstaje tylko pytanie, kto jest idiotą – ten kto je stosuje, czy ten, kto w ich skuteczność nie wierzy? Adresatami tych reklam są więc ci wszyscy, których cechuje sceptycyzm. Dożyliśmy czasów, których obawiał się Albert Einstein, tzn. takich, kiedy nauka i technologia „uporządkują” nam życie według schematów: kawa ze znajomymi, dzień na plaży, kibicowanie drużynie, randka, podziwianie widoków, impreza…

Epidemia reklam wszelakich pseudomedykamentów opanowała już niemal wszystkie programy radiowe oraz kanały telewizji publicznej i niepublicznej. Jej wszędobylskość i nachalność budzi grozę, przeraża, irytuje, napawa smutkiem, bo zewsząd wyzierają wilcze prawa rynku – biznes, biznes, biznes. Tak monstrualnej epidemii nie było nawet tam, skąd do nas przyszła, czyli na Zachodzie. Mamy więc leki i suplementy „na wszystko”, tzn. takie, które „likwidują niezawodnie i skutecznie” wszelkie możliwe dolegliwości, takie jak „paluszek i główka” oraz wszystkie inne.
W telewizyjnych i radiowych programach sprzedają się ludzie, którzy udają autorytety ze świata medycyny i farmacji – stateczni, budzący zaufanie i szacunek „profesorowie”, a brednie i banały, jakie słyszymy z ich ust, wołają o pomstę do nieba.

Dlaczego świat medycyny i farmacji nie protestuje? Odpowiedź jest prosta i prozaiczna – tu chodzi o zysk. Medycyna i farmacja ulegają prawom rynku, gdzie wszystko jest towarem, a przeciętnym zjadaczom chleba można przecież wmówić wszystko. Rodzi się więc smutne i gorzkie pytanie, czy szarlataneria i cyniczny biznes muszą być domieszką medycyny i farmacji? Czy muszą być tam, gdzie winna się toczyć szlachetna walka o życie?

Grupą szczególnie podatną na te „cudowne” środki ozdrowieńcze mają być ludzie w wieku 65+. Są to więc babcie, które chciałyby uchodzić za koleżanki swoich córek, a nawet nastoletnich wnuczek, którym pomógł zdrowosen, gripowita lub acatar. Są dziadkowie, którym pomógł wokaler. Ale są także młodsi, na przykład tatusiowie, którzy mówią, że na szczęście jest apap, bo bez niego nie mogliby szaleć ze swoimi pociechami. Tak oto dotykamy granic absurdu. Hipochondria zatacza coraz szersze kręgi, a wszelkie medykamenty i suplementy diety mają nam dać już nie tylko zdrowie, ale szczęście, mają zamienić nasze życie w sielankę. Wszystko to przybiera już postać zbiorowej psychozy, na której przemysł farmaceutyczny zarobi krocie.
Gdzie jest zdrowy rozsądek, umiar i szczypta pokory w obliczu tykającego zegara biologicznego, mierzącego czas nasz i naszej planety? Gdzie jest nasza siła witalna i zarazem świadomość nieuchronności pewnych doświadczeń, nieuniknionych, koniecznych, a także ostatecznych, jak śmierć? Czy to postępujący epikureizm, hedonizm, a może infantylizm każe nam zaufać naiwnie i bezkrytycznie pseudomedycznym wynalazkom?

Chylę czoła przed proroczą mądrością twórcy teorii względności. Tak, jesteśmy już na tym etapie ewolucji, który mówi, że musi być łatwo, lekko i przyjemnie, reszta się nie liczy. „Mieć” jest ważniejsze niż „być”. I mamy. Mamy coraz więcej. Tak dużo, że nie wiemy, co z tym zrobić, a dzielić się nie potrafimy lub nie chcemy. A przecież w tym raju obfitości jeszcze nie jesteśmy wszyscy. Stać nas na coraz nowsze modele komputerów, telewizorów, pralek, aut – na autorefleksję - jeszcze nie…

Specjalnie dla MAGAZYNU DRAWSKIEGO - Eugeniusz Suchorypa Zdjęcia: Tomasz Jasyk [MAGAZYN DRAWSKI]